A A A

Legenda o kocim zamku

Porosłe Mieszanym lasem zbocze , opadające łagodnie w dół do szosy Skoczów-Katowice, stanowi dla najstarszych mieszkańców Wiślicy coś w rodzaju tajemniczego uroczyska. Teren ten według miejscowego nazewnictwa ochrzczony został mianem „Kociego Zamku”. Jaki jest zatem rodowód tej dziwnej nazwy?

Otóż przed bardzo wielu laty, czego nie pamiętają najstarsi Wiśliczanie, ba! Nawet i pra i prapradziadowie miał tu stać zamek owiany  nimbem tajemniczości. Władczyni tego zamku – księżna, bardzo sroga i mająca związek z piekielnymi mocami. Kochała się w … czarnych kotach, których na zamku była nieprzebrana ilość. Różnie nazywano księżnę . Jedni mówili  „Kocia Księżna”, inni, jako że lubiła się w kotach czarnych nazywali ją „Czarną księżną”. Wszystko to dodawało oczywiście posmaku grozy i czarów. Aż razu pewnego zerwała się straszliwa burza. Pioruny biły zajadle w jedno tylko miejsce: w ”Koci Zamek”. Gdy po jakimś czasie wszystko się uciszyło, zamek zniknął z powierzchni ziemi. Tylko dziwne pofałdowanie ziemi i spore szczeliny pozostały na miejscu czarów i bezeceństw. Zamek zapadł się pod ziemię… Ale miejsce nie pozostało spokojne. Od tego czasu moce piekielne panowały tu nadal. Nie było odważnych, którzy chcieliby na tym miejscu przebywać w południe.

Znalazł się jednak pewien śmiałek, jakiś włóczęga, którego podnieciła opowieść pasterzy pasących tu krowy. Nie bał się niczego. Największych nawet strachów. Tuz przed wybiciem godziny dwunastej, udał się na miejsce, gdzie niegdyś stał „Koci zamek”. W samo południe , z ziemi, niczym gad jakiś, wypełzł złocisty łańcuch. Jego ogniwa skrzyły się w słońcu, tak że od widoku można było oślepnąć. Zasłaniając oczy po omacku śmiałek dotarł do tego miejsca, uchwycił za koniec łańcucha i zaczął ciągnąć. Pot się lał z niego strumieniami, ale ciągnął zapamiętale. Na ziemi leżały już potężne zwoje złocistego łańcucha, a końca nie było widać.

Wtem wybiła godzina pierwsza po południu – łańcuch zaczął raptownie znikać pod ziemią. Włóczęga, nie chcący darować złotej zdobyczy, zaparł się nogami z całych sił, naprężył mięśnie rąk – ale bez skutku. Złote ogniwa przelewały mu się przez dłonie, niczym woda. Ze zdartej skóry trysnęła krew. Zaklął siarczyście włóczęga i w tej chwili zniknął pod ziemią, wciągnięty przez złoty łańcuch, którego nie chciał puścić…

Od tego czasu, jak kto może, unika przebywania na tym miejscu w porze południowej. Przesąd ten przetrwał do czasów dzisiejszych, a opowiadali o tej legendzie ludzie, którzy w swojej młodości pasali krowy na dawnym uroczysku. Im z kolei, jak to bywa z legendami, opowiadali o „Kocim zamku” i jego tragicznych dziejach, ich Starzykowie, a starzykom – prastarzykowie, w długie zimowe wieczory, przy ciepłym kominku.